Translate page with Google

Story Publication logo June 29, 2026

Ukrainian Doctors in Polish Hospitals: Averting a Coming Collapse (Polish)

Country:

Authors:
Warsaw hospital
English

The emigration of young doctors, an aging population, and collapsing rural hospitals are fueling a...

author #1 image author #2 image
Multiple Authors
SECTIONS

This article was originally written in Polish and published in Wyborcza. The key points of this article are presented in English below, followed by the original version of the story. For a full English version of this article, please click on the “Translate page with Google” button on the upper right-hand side.


Key Points

  • As Poland’s healthcare workforce ages and young Polish doctors increasingly avoid provincial hospitals, Ukrainian physicians have quietly become essential to keeping parts of the country’s public healthcare system functioning.
  • Since 2020, the number of Ukrainian doctors working directly with patients has grown fivefold, to 2,586 in 2024. They now account for just 1.8% of all physicians in Poland, but their significance lies not in numbers—it lies in where they work: They are concentrated in the most understaffed, rural, and peripheral hospitals, where directors admit that without their Ukrainian colleagues, schedules on the toughest wards would simply collapse.
  • Through the experiences of hospital directors, Ukrainian physicians and refugee patients, this story explores how migration simultaneously sustains Poland’s healthcare system and fuels new political and social tensions.
  • But tensions are rising: As of May 2026, over 440 doctors lost their right to practice due to insufficient Polish language skills, and anti-Ukrainian sentiment among both patients and medical staff continues to grow. Hospital directors report that Polish patients have filed complaints about Ukrainian doctors—not about medical competence, but about behavior and accent. The reporting combines interviews with hospital directors, physicians, patients and public-health experts with original analysis of government healthcare statistics and demographic data.
  • Countries facing acute labor shortages are becoming simultaneously more dependent on immigrant workers and more hostile toward them. Yet the data suggests that even as anti‑immigrant sentiment rises, the contribution of foreign medical staff to Poland’s healthcare system already outweighs the burden they may represent.

As a nonprofit journalism organization, we depend on your support to fund more than 170 reporting projects every year on critical global and local issues. Donate any amount today to become a Pulitzer Center Champion and receive exclusive benefits!


Serhij, pediatra z Ukrainy: Pracowałem w szpitalu 8 dni z rzędu, bo polscy lekarze nie chcieli dyżurować w długi weekend

Serhij przeprasza nas, że odpowiada na pytania z opóźnieniem, bo "musiał pracować bez przerwy w szpitalu - 8 dni z rzędu, bo polscy lekarze nie chcieli pracować w długi weekend".

Grzegorz Panek, dyrektor Samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Sanoku, wymienia oddziały, na których zatrudnia lekarzy z Ukrainy: „Oddział Obserwacyjno-Zakaźny – dwóch lekarzy, Oddział Chorób Wewnętrznych – jeden, Oddział Neurologiczny z Pododdziałem Udarowym – dwóch, Oddział Chirurgii Ogólnej i Naczyniowej – jeden, Oddział Urazowo-Ortopedyczny – jeden, Oddział Kardiologiczny z Pododdziałem Intensywnego Nadzoru Kardiologicznego – jeden, Oddział Intensywnej Terapii – dwóch, Szpitalny Oddział Ratunkowy – jeden, Oddział Otolaryngologiczny – dwóch".

Potem podkreśla: „Są to oddziały kluczowe z punktu widzenia zabezpieczenia całodobowego funkcjonowania szpitala".

Piotr Gołaszewski, dyrektor Szpitala Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Wołominie, mówi nieco ostrożniej. „Gdyby ci ludzie odeszli z dnia na dzień, nasze plany rozwojowe byłyby trudniejsze". I dodaje, jakby nie chciał, żeby go źle zrozumiano: „Nie jest tak, że szpital się przewróci. Radziliśmy sobie bez tych osób i jakoś funkcjonowaliśmy. To nie jest tak, że polska medycyna zaczęła działać dopiero po ich przyjeździe".

Sanok i Wołomin pokazują tę samą prawidłowość, choć kontekst jest różny.

Powiat sanocki liczy niespełna sto tysięcy mieszkańców. To peryferie – młodzi wyjeżdżają, populacja się starzeje, jednocześnie szpital ma trzeci stopień referencyjności i pełne akredytacje do prowadzenia specjalizacji.

Powiat wołomiński to ponad 305 tysięcy mieszkańców – jeden z największych w Polsce. Leży w obwarzanku Warszawy. Suburbanizacja sprawia, że choć porodów jest mniej, to osiedlają się tu rodziny z dziećmi, a do tego dochodzi dobra komunikacja ze stolicą.

Z drugiej strony w powiecie wołomińskim następuje szybkie starzenie się części populacji i rośnie zapotrzebowanie na opiekę. Tamtejszy szpital ma drugi stopień referencyjności, ale – jak mówi Gołaszewski – jest placówką wysoko specjalistyczną, z trzema klinikami Uczelni Łazarskiego: ginekologii i położnictwa, chirurgii ogólnej oraz chirurgii urazowo-ortopedycznej, gdzie kształcą się przyszli medycy.


Szpital Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Wołominie fot. Szpital Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Wołominie

W obu przypadkach pojawiały się problemy kadrowe. Panek podsumowuje to: „Coraz mniej młodych lekarzy chce pracować w szpitalach powiatowych, szczególnie poza dużymi miastami akademickimi. Dlatego lekarze z Ukrainy w wielu miejscach nie są już jedynie uzupełnieniem kadry, ale realnym elementem zapewniającym stabilność funkcjonowania systemu ochrony zdrowia".

Służbowe mieszkanie nie kusi. Brakuje lekarzy POZ na wsiach i w miasteczkach

Dr hab. Łukasz Rypicz, dziekan Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, zwraca uwagę na mechanizm, który pozwala dyrektorom domykać grafiki. „Lekarze coraz częściej świadczą pracę w oparciu o umowy cywilnoprawne, w przypadku których nie znajdują zastosowania niektóre ograniczenia dotyczące czasu pracy i obowiązkowego odpoczynku przewidziane dla pracowników zatrudnionych na podstawie Kodeksu pracy. Zakres godzinowy dyżurów jest wówczas określany przez warunki zawartej umowy".

Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła, jak to wygląda w praktyce. Udokumentowała 134 przypadki lekarzy, którzy dyżurowali bez przerwy powyżej 40 godzin, a najdłuższy dyżur trwał 124 godziny.

Rypicz pyta retorycznie: „Jaka jest wydolność osoby, która przez 100 godzin non-stop odpowiada za życie ludzkie?".

A dlaczego medycy jeżdżą między kilkoma miejscami pracy? Zdaniem obserwatorów polskiego lecznictwa główny powód to zwielokrotnianie zarobków. Lekarze – zwłaszcza w deficytowych specjalizacjach – łączą kontrakty, bo większość pracuje na umowach cywilnoprawnych, które pozwalają na wiele miejsc zatrudnienia. W realiach podwarszawskich, jak mówi Gołaszewski, stawki godzinowe wahają się w granicach 150 do 250 złotych brutto, choć bardziej doświadczony personel może liczyć na więcej. A kwoty dla węższych specjalizacji są rzecz jasna znacznie wyższe.

Przy czym, o ile lekarz sam nie opowie, ile wyciąga, obecnie gromadzone dane o zarobkach „są niepełne – nie odzwierciedlają rzeczywistych przychodów. Dotyczą bowiem tylko jednego miejsca pracy, tymczasem większość lekarzy pracuje naraz w kilku miejscach" – pisze Judyta Watoła, czołowa specjalistka „Wyborczej" od służby zdrowia.

Natomiast Rypicz patrzy na to nie tylko z perspektywy menedżera w medycznym szkolnictwie wyższym, ale też specjalisty od jakości w opiece zdrowotnej:

„W środowisku medycznym wciąż działa mechanizm wzajemnego wsparcia. Zdarza się, że lekarze odpowiadają na prośby dyrektorów i podejmują się dodatkowej pracy, aby choć częściowo zabezpieczyć potrzeby pacjentów. To rozwiązanie pomaga utrzymać dostępność świadczeń, ale wiąże się również z ryzykiem przeciążenia personelu, kosztem ich zdrowia fizycznego i psychicznego".

Skalę problemu widać wyraźnie w Sanoku. Szpital ma 40 akredytowanych miejsc specjalizacyjnych, czyli rezydentur dla absolwentów kierunków lekarskich. Zajętych jest ledwie dziesięć.

Panek znów wylicza: „chirurgia ogólna – cztery miejsca, z czego zajęte dwa; chirurgia naczyniowa – dwa miejsca, zajęte jedno; kardiologia – sześć miejsc, zajęte dwa; choroby wewnętrzne – sześć miejsc, zajęte jedno; choroby zakaźne – dwa miejsca, obecnie niezajęte; anestezjologia i intensywna terapia – trzy miejsca, obecnie niezajęte; medycyna ratunkowa – trzy miejsca, obecnie niezajęte; neurologia – trzy miejsca, obecnie niezajęte; otolaryngologia – trzy miejsca, zajęte dwa; ortopedia – dwa miejsca, zajęte jedno; pediatria – sześć miejsc, zajęte jedno".

I pointuje: „Polski chirurg ogólny to dzisiaj jak ostatni Mohikanin".

Rypicz zwraca uwagę, że trudności kadrowe utrzymują się nie tylko w szpitalach, również w podstawowej opiece zdrowotnej. W wielu mniejszych miejscowościach regularnie nie udaje się obsadzić wszystkich miejsc pracy dla lekarzy rodzinnych. Mimo dodatkowych zachęt – w tym mieszkań służbowych – zainteresowanie pracą poza dużymi miastami jest zdecydowanie mniejsze. – Co w dłuższej perspektywie może negatywnie wpływać na dostępność świadczeń dla mieszkańców tych obszarów – mówią eksperci.


Szpital w Sanoku arch. szpitala w Sanoku

Mamy więc sytuację, w której wytworzyły się niedobory kadry w najtrudniejszych miejscach, a jednocześnie trudno jest zatrzymać tych, którzy już tam pracują.

Do tego dochodzi starzenie się personelu – średnia wieku lekarzy i pielęgniarek rośnie. Za dziesięć lat setki specjalistów odejdą na emeryturę, zwłaszcza w takich specjalizacjach jak choroby wewnętrzne i chirurgia ogólna.

Krztusiec, borelioza, szkarlatyna. Bez lekarzy i pielęgniarek z Ukrainy będzie epidemia?

Wyliczenia Głównego Urzędu Statystycznego pokazują, że problem widoczny w Sanoku i Wołominie to norma. Według raportu „Zdrowie i ochrona zdrowia w 2024 roku" (raport za 2025 będzie jesienią) w Polsce prawo wykonywania zawodu miało 2715 lekarzy z obywatelstwem ukraińskim, a bezpośrednio z pacjentem pracowało 2586.

Dla porównania: ogółem w kraju uprawnionych do wykonywania zawodu było w 2024 roku 166 515 lekarzy, a pracujących bezpośrednio z pacjentem – 141 193.

W 2020 roku liczby ukraińskich lekarzy wynosiły odpowiednio 514 i 439.

Wśród pielęgniarek wzrost był równie wyraźny: ze 153 w 2020 roku do 1288 w 2024, podczas gdy wszystkich pielęgniarek pracujących z pacjentem było dwa lata temu 219 881.

Ukraińcy stanowią więc 1,8 proc. wszystkich lekarzy pracujących z pacjentem w Polsce i 0,6 proc. pielęgniarek.

To niewielki odsetek, ale jego znaczenie nie wynika z samej liczby, tylko z miejsca, w którym ci medycy są zatrudnieni.

To nie pierwszy raz, gdy w polskiej medycynie pojawia się personel z zagranicy. W naszym Bielsku Podlaskim w latach 80. pracował lekarz pochodzący z Syrii, w bliskim nam Białymstoku można było spotkać medyków z Afryki. Nie budziło to większych emocji, bo ich obecność była rozproszona i rozkładała się równomiernie po kraju.

Dziś sytuacja wygląda inaczej: medycy z Ukrainy są przede wszystkim tam, gdzie szpitale najtrudniej obsadzić. W tym sensie ich obecność nie jest „ciekawostką", ale odpowiedzią na lukę kadrową. A że występują najliczniej – czyli rzucają się w oczy – w tych miejscach, gdzie publiczna służba zdrowia szwankuje, przepis na napięcia społeczne gotowy.

Znamienne, że autorzy raportu GUS po raz pierwszy uwzględnili obywateli Ukrainy wprost, wyróżniając ich jako osobną kategorię, w przedmowie do opracowania. „W bieżącej edycji rozszerzono zakres analizy o nowe zagadnienia – uwzględniono w niej dane dotyczące lekarzy i pielęgniarek w krajach OECD oraz obywateli Ukrainy zatrudnionych w wybranych zawodach medycznych w Polsce". To dowód, jak widoczny stał się ukraiński personel medyczny i znak, że napływ lekarzy zza wschodniej granicy to już trwały element bilansu kadrowego ochrony zdrowia.

Zapotrzebowanie na Ukraińców zwiększa także sytuacja epidemiologiczna. Co odruchowo kojarzy się z pandemią, ale wcale nie chodzi o covidowe lata, tylko o niepokojącą codzienność.

Porównując lata 2023 i 2024, raport GUS odnotowuje gwałtowny wzrost zachorowań na wybrane choroby zakaźne: krztusiec ponad trzydziestokrotnie, do 32,8 tys. przypadków, borelioza o 18 proc., do 29,9 tys., a szkarlatyna – trzeci rok z rzędu – do 48,5 tys. To właśnie oddziały ratunkowe i całodobowe odczuwają tę presję najmocniej – zwłaszcza w mniejszych ośrodkach, które nie są w stanie zaoferować rodzimym lekarzom oczekiwanych stawek – a więc te, na których ukraińscy lekarze pracują najczęściej.

To jeszcze, dla poszerzenia kontekstu, ulubiony motyw prawicowej propagandy, czyli – kolportowane na początku przez kolejkowo-bazarową wieść gminną i szybko podchwycone i podsycane przez rosyjskie trolle, sympatyków Grzegorza Brauna oraz Konfederatów – obciążenie służby zdrowia przez ukraińskich pacjentów.

W 2024 roku ze świadczeń szpitalnych skorzystało 40 795 obywateli Ukrainy, z ambulatoryjnej opieki specjalistycznej 186 962, a z podstawowej opieki zdrowotnej 256 182 osoby. W skali całego kraju to wciąż margines wszystkich hospitalizacji, bo około 0,5 proc.

Z twardych danych nie wynika więc, że Ukraińcy „zjadają" środki z Narodowego Funduszu Zdrowia.  Przeciwnie, wkład lekarzy z Ukrainy w funkcjonowanie polskiej ochrony zdrowia jest większy niż obciążenie systemu wynikające z leczenia ukraińskich pacjentów.

Między 2023 a 2024 rokiem liczba ukraińskich lekarzy pracujących z pacjentem wzrosła o 23 proc., czyli o blisko 500 osób. W tym samym czasie liczba hospitalizacji obywateli Ukrainy zwiększyła się o 25 proc., czyli łącznie o ponad 8 tysięcy przyjęć. Te liczby są podobnego rzędu, ale ich znaczenie nie jest symetryczne: kilkuset dodatkowych lekarzy realnie domyka dyżury, a kilka tysięcy dodatkowych hospitalizacji rozprasza się po systemie.

Z danych GUS wynika również, że koncentracja ukraińskich pacjentów jest największa w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Łodzi i Poznaniu. Tam pracuje również wielu ukraińskich lekarzy. Ale najważniejsze jest co innego: ich obecność jest niezbędna w mniejszych ośrodkach. Właśnie tam dyrektorzy szpitali deklarują: „bez ukraińskich kolegów grafiki na najtrudniejszych oddziałach po prostu by się nie spinały".

Ile zarabia ukraiński lekarz. I czy leczy tylko Ukraińców

Dysponując tymi liczbami, można już zmierzyć się z trzema obiegowymi tezami, które okazują się nieprawdą albo – chcąc być dokładniejszym – półprawdami, zasłaniającymi faktyczne trudności.

Pierwsza: ukraińscy lekarze zabierają miejsca polskim.Panek odpowiada na to swoim sanockim przypadkiem: „Problemem systemowym nie jest brak możliwości szkolenia lekarzy, ale coraz mniejsze zainteresowanie młodych lekarzy pracą i specjalizowaniem się w szpitalach powiatowych". W jego placówce 30 z 40 miejsc specjalizacyjnych stoi pustych. I nikt ich nie zabiera.

Druga: przybyło tyle uchodźców z Ukrainy, że nawet ci liczni napływowi lekarze nie zapełniają dziur, bo Ukraińcy tak się leczą. I jeszcze wszystko mają za darmo.

Cóż, dane mówią co innego. Dodatkowe kilka tysięcy hospitalizacji rozkłada się na cały kraj. A ponad dwa tysiące dodatkowych lekarzy realnie wypełnia luki tam, gdzie polscy absolwenci najrzadziej podejmują pracę.

1/4  populacji

będą w 2030 r. stanowiły osoby po 65. roku życia. A polskich lekarzy geriatrów brakuje

Co więcej, ukraiński personel wnosi do systemu nie tylko stabilizację, ale i może poprawiać bilans operacyjny wybranych jednostek. Choć pełnych statystyk nie ma, a ogólnopolskie dane o średnich kontraktach lekarzy z Ukrainy są fragmentaryczne, pewien obraz wyłania się z wypowiedzi dyrektorów szpitali i dostępnych analiz.

Gołaszewski przyznaje, że stawki lekarzy zza wschodniej granicy – bo także Białorusinów – są „zbliżone, nieznacznie niższe, gdy doświadczenie w Polsce jest krótsze". Zaznacza jednak istotny niuans: część lekarzy z Ukrainy jest zatrudniona przez firmy pośredniczące, co przekłada się na nieco niższą stawkę dla lekarza.

Ale to realia dużych miast i obszarów metropolitalnych. Na prowincji ukraiński lekarz oznacza dla kierownika istotny oddech.

Według danych Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji mediana zarobków polskiego lekarza specjalisty na kontrakcie w jednej placówce wynosi około 24,6-25,6 tys. brutto, a przy łączeniu kilku miejsc pracy realne dochody mogą sięgać 30-40 tys. netto miesięcznie. Tymczasem widełki dla ukraińskiego internisty czy pediatry w mniejszym ośrodku często mieszczą się w zakresie 10-20 tys. netto przy standardowym obciążeniu dyżurami. Im większy ośrodek, tym bardziej różnica się zmniejsza.


Fot. Krzysztof Zatycki / Agencja Wyborcza.pl

Zastrzeżenie jest oczywiste: ilu lekarzy i placówek, tyle przypadków – wszystko zależy od specjalizacji, stażu w polskim systemie, formy zatrudnienia (bezpośrednio czy przez agencję) i liczby godzin. Lecz ogólnie ukraiński personel bywa dla szpitali opcją bardziej elastyczną niż wypełnianie wakatów polskimi lekarzami za wysokie stawki, którzy w każdej chwili mogą porzucić dyżur na rzecz lepszej oferty.

Ale i w wielkich miastach jest przypadek, w którym Ukrainiec równie drogi, co Polak, opłaca się stricte finansowo – pod warunkiem, że ma stopień naukowy lub jest gotów otworzyć przewód doktorski.

Jak wyjaśnia nam były główny księgowy medycznego instytutu badawczego, w jednostkach, które leczą, a jednocześnie mogą statutowo prowadzić badania naukowe, obecność takich osób zwiększa potencjał do pozyskiwania środków z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz – jeśli wykażą się aktywnością – może ułatwiać zdobywanie naprawdę dużych grantów z programów międzynarodowych i konsorcjalnych, w tym z udziałem partnerów z Ukrainy.

W takich przypadkach część kosztów pośrednich z realizowanych projektów trafia do budżetu instytucji. – Mechanizm ten dotyczy jednak tylko instytutów badawczych i szpitali klinicznych – zaznacza nasz rozmówca.

Bilans jest więc jasny: nawet jeśli – czysto hipotetycznie, choć ekonomiści to kwestionują – przyjąć, że ukraińscy uchodźcy obciążają polską ochronę zdrowia, to ukraiński personel nie tylko realnie ją stabilizuje, ale wręcz zapewnia taką czy inną nadwyżkę. Jeśli nie w postaci niższych stawek kontraktowych niż te, które otrzymują ich polscy koledzy, to dodatkowych funduszy z innych źródeł. Albo w postaci zmieszczenia się w budżecie, bo placówka nie musi windować wynagrodzeń, by ściągnąć specjalistów z dużych miast.

Ostateczny rachunek pozostanie więc dodatni.

Trzecia teza – że ukraińscy lekarze są potrzebni głównie pacjentom z Ukrainy – jest tylko częściowo prawdziwa.

I tu do głosu dochodzi Mariia Sawczyna. Jej historia nie tyle obala tę tezę, co ją uzupełnia i pokazuje w innym świetle.

Mariia przyjechała do Polski w marcu 2022 roku, gdy Rosjanie weszli do jej wsi pod Kijowem. Dziś jest doktorantką, która bada stres pourazowy u uchodźców, i stypendystką projektu EDuUREF, analizującego dostęp Ukraińców do polskiego systemu ochrony zdrowia. Mówi i jako badaczka, i jako pacjentka.

124 godziny

trwał najdłuższy dyżur lekarza udokumentowany przez NIK

Swój zespół stresu pourazowego leczyła zdalnie u ukraińskiego psychoterapeuty, za własne pieniądze, bo w pierwszych miesiącach w Polsce nie potrafiła odnaleźć się w naszych realiach. „Każda wizyta w urzędzie czy u lekarza była przeprawą – nie wiedziałam, gdzie się zgłosić i co mi przysługuje" – wspomina.

Dziś zna polski, używa go w pracy, ale w sprawach medycznych język wciąż bywa wyzwaniem: „Muszę przed wizytą przygotować się lingwistycznie, poszukać, jak jest po polsku. Dlatego, gdy mam konkretny problem zdrowotny, najchętniej idę do lekarza, który posługuje się ukraińskim, żeby nie dokładać sobie kolejnej bariery".

To perspektywa pacjentki, a Mariia nakłada na nią systemowe wnioski badaczki: „Możliwość skorzystania z pomocy lekarza, który mówi w moim języku i rozumie moją kulturę, moje tło, bywa prawdziwym mostem do polskiego systemu ochrony zdrowia, a czasem wręcz warunkiem realnego uzyskania pomocy".

Innymi słowy, obecność ukraińskich medyków nie prowadzi do gettoizacji. Przeciwnie – ułatwia Ukraińcom odnalezienie się w Polsce.

To właśnie odpowiedź na trzecią antyukraińską tezę. Ukraińscy lekarze są potrzebni całemu systemowi, bo pomagają części uchodźców i migrantów skuteczniej z niego korzystać – a to oznacza sprawniejsze wtopienie się w społeczeństwo i mniej zaniedbanych chorób, mniej interwencji w stanach nagłych, czyli niższe koszty dla wszystkich podatników.

Czy dentysta spoza Unii Europejskiej musi mówić płynnie po polsku?

Ale jeśli wszystko wydaje się takie oczywiste, to skąd tyle głosów przeciw ukraińskim lekarzom?

Gołaszewski, który wcześniej pracował w Szpitalu Bródnowskim, dobrze pamięta tamten czas: Ukraińcy „byli witani jako osoby, które doznały głębokiej krzywdy. Bardzo ich wspierano, starano się stworzyć warunki większej serdeczności".

Potem coś się zmieniło: – Odnoszę wrażenie, że wraz z ogólnie trudniejszymi nastrojami społecznymi pojawiły się też trudniejsze nastroje w tych relacjach. Ci ludzie są momentami traktowani gorzej niż kilka miesięcy temu. A może po prostu zaczyna się od nich wymagać: jesteś tutaj tyle miesięcy, już powinieneś to znać, staraj się mówić absolutnie po naszemu, ten akcent nie jest dobry, pacjenci się niepokoją.

W 2024 roku polskie władze zakończyły uproszczone procedury licencyjne dla ukraińskich lekarzy i dentystów z dyplomami spoza Unii Europejskiej.

W raporcie Europejskiej Sieci Migracyjnej „Azyl i migracja w Polsce 2024" czytamy: „Od 24 października 2024 roku nowe wnioski o warunkowe licencje nie są już przyjmowane. Wprowadzono obowiązek udokumentowania znajomości polskiego na poziomie co najmniej B1". Do maja 2026 roku część lekarzy pracujących w uproszczonym trybie utraciła prawo wykonywania zawodu – według doniesień prasowych dotyczy to już 208 osób spoza Unii.

Panek w Sanoku nie miał takich trudności – wszyscy jego ukraińscy lekarze zdali egzamin. Ale zna rzeczywistość innych placówek: „Dla niektórych szpitali w Polsce nowe regulacje oznaczały realne ryzyko utraty personelu medycznego i konieczność reorganizacji grafików dyżurowych praktycznie z dnia na dzień. Problem dotyczy szczególnie szpitali powiatowych, które od lat mają największe trudności kadrowe".

Gołaszewski podaje przykład lekarki ze swojego SOR, która nie spełniła nowych wymogów językowych i utraciła możliwość pracy.

„Wczoraj dobrze leczyła, sprawdziła się, pracuje dobrze. Jest kulturalną osobą, bardzo się stara. Jaka to strata dla pacjentów, którzy z zaufaniem do niej wracają.

Owszem, lekko zaciąga, ma specyficzny sposób wyrażania się. Ale język profesjonalny, medyczny, oparty na łacinie – w nim jesteśmy w stanie się porozumieć".

Bo bariera językowa jest niższa, niż mogłoby się zdawać. Studenci zza wschodniej granicy potrzebują około czterech miesięcy, żeby nieźle radzić sobie z polskim. „Z lekarzami jest podobnie – to ludzie wykształceni, posługują się zwrotami opartymi o łacinę, więc szybko łapiemy kontakt. Najlepsza nauka języka jest przez doświadczenie" – mówi Gołaszewski.

I dodaje, że w jego szpitalu w ciągu ostatniego półtora roku odnotowano tylko dwie sytuacje, w których pojawiły się uwagi na tle pochodzenia lekarzy. „Nie mam formalnych skarg" – podkreśla.

Zapytaliśmy o ukraińskich medyków na targowisku w niewielkiej miejscowości na północnym Mazowszu.

Emerytka: „Jeśli ktoś przez cztery lata nie nauczył się polskiego, to ja się pytam, czy on w ogóle jest lekarzem".

Mężczyzna około pięćdziesięciu pięciu lat, sprzedający truskawki: „Mówią, że dyplomy kupują na targu w Kijowie. Jak człowiek słyszy takie rzeczy, to mu się robi nieswojo".

Kobieta pracująca w sklepie przy targu: „Mnie jeden leczył i mówił całkiem dobrze, ale słyszałam, że inni ledwo się dogadują".

Emerytowany nauczyciel: „Wiadomo, że brakuje lekarzy na prowincji, ale jak ktoś nie potrafi przeprowadzić normalnej rozmowy z pacjentem, to ja się zastanawiam, czy my przypadkiem nie zaniżamy wymagań".

Czy mądrości ludowe znajdują pokrycie w rzeczywistości? Profesor Mirosław Czuczwar, prezes elekt Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii, relacjonuje w „Wyborczej" konkretny przypadek.

„Do izby przyjęć zgłosił się pacjent z objawami wskazującymi na zawał serca i dostał lek na ból kręgosłupa. Na szczęście ratownik medyczny, który go przypadkiem zobaczył przy wyjściu ze szpitala, okazał się na tyle kompetentny, że samodzielnie zebrał wywiad, zrobił EKG i przetransportował tego pacjenta na oddział kardiologii. Tam potwierdzono ostry zespół wieńcowy" – mówi Judycie Watole w wywiadzie pod tytułem „Apel do Ministerstwa Zdrowia: »Lekarz na SOR, który nie zna polskiego, jest niebezpieczny dla pacjentów«".

„Lekarz, który w tym wypadku zawinił, został wezwany celem złożenia wyjaśnień. Niestety, nie rozumiał pytań rzecznika odpowiedzialności zawodowej!".

Profesor wspomina inny przypadek: „Dostałem do analizy dokumentację medyczną, która była całkowicie niezrozumiała. I nie chodziło o błędy ortograficzne ani literówki. To był kompletnie niezrozumiały tekst, najprawdopodobniej sporządzony za pomocą internetowego narzędzia do tłumaczenia".

Konkluzja: „W całym cywilizowanym świecie, żeby uprawiać medycynę, trzeba móc porozumieć się z pacjentem, jego rodziną oraz pozostałymi członkami personelu medycznego. Trzeba także umieć sporządzić dokumentację w języku obowiązującym w danym kraju. Inaczej robi się niebezpiecznie dla pacjenta".

Siedemdziesięciopięcioletnia pani Halinka, była kierowniczka laboratorium analitycznego w szpitalu w Bielsku Podlaskim, wskazuje na pomijany fakt. Na wsiach wschodniego i południowego Podlasia, gdzie większość to ludzie w wieku emerytalnym, jest wiele osób, które wciąż mówią „po swajomu", mieszanką białoruskiego i polskiego.

„Byli tacy, którzy nie mogli się porozumieć z młodymi laborantkami, bo te nie rozumiały, co dziadek czy babcia chcą" – wspomina. „Kadra, która zna białoruski czy ukraiński, jest u nas na wagę złota".

Zgadza się, że nieznajomość polszczyzny w stopniu uniemożliwiającym wypełnienie dokumentacji medycznej jest dyskwalifikująca, ale zaznacza też, że „niemożność dogadania się z pacjentem to nie jest jedna standardowa sytuacja, a wiele różnych". I żartuje, że decydenci z Warszawy nie zrozumieliby, co mówi do nich babula ze Szczytów-Nowodworów pod Bielskiem Podlaskim.

Emerytów i seniorów przybywa, geriatrzy się starzeją

Profesor Filip Raciborski, prodziekan Wydziału Nauk o Zdrowiu Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, patrzy na to z perspektywy specjalisty zdrowia publicznego. „Przeżyliśmy pandemię. Wyszliśmy z niej z bardzo dużym długiem zdrowotnym, czyli przeszliśmy od jednego kryzysu do drugiego kryzysu. Kryzys jest stale. Rząd próbuje w ten czy w inny sposób problem rozwiązać, ale on jest, zdaje się, niestety nierozwiązywalny".

I wskazuje na demografię: „Sytuację na rynku pracy ratuje nam migracja. Zmiany nie są równomierne – mamy obszary, które się bardzo szybko wyludniają. Zostają tam osoby starsze, a młodzi migrują do dużych ośrodków. Nie dość, że spada liczba ludności, to jeszcze średni wiek w takich miejscach gwałtownie rośnie".

Ukraińscy lekarze są w tym systemie elementem niezwykle ważnym – ale doraźnym. Raciborski, który na co dzień styka się z ukraińskimi studentami i współpracownikami, nie ma wątpliwości co do ich poziomu. „Dla mnie narodowość studenta nie ma żadnego znaczenia, jeżeli bierze udział w zajęciach i się angażuje". A o jednej ze swoich współpracownic z Ukrainy mówi: „Jest nieprawdopodobnie kompetentna. Umiejętność posługiwania się wieloma językami, sprawność poruszania w różnych systemach – to są przewagi".

Podobnie oceniają ich dyrektorzy. Gołaszewski:

„To nie są osoby z przypadku. To ludzie, którzy w swoim kraju wybrali tę ścieżkę bardzo świadomie, skończyli wartościowe studia i mają bogate doświadczenie".

Panek: „Prawie 90 proc. lekarzy, którzy przyjechali do Sanoka po lutym 2022, nadal tam pracuje".

A przydałoby się ich jeszcze więcej. Według prognoz GUS w 2030 roku osoby po 65. roku życia będą stanowić prawie jedną czwartą populacji, a w 2050 – blisko jedną trzecią. To oznacza lawinowy wzrost chorób przewlekłych, wielochorobowości i zapotrzebowania na opiekę długoterminową.

Tymczasem geriatrów, pielęgniarek, miejsc w DPS-ach i ZOL-ach – zakładach opiekuńczo-leczniczych – brakuje już teraz. Raciborski rysuje obraz możliwej katastrofy: „Bez odpowiedniej profilaktyki osoby w wieku 60-65 lat będą tak schorowane, że nawet gdyby chciały kontynuować pracę, będzie to trudne. Jeżeli nie zaczniemy działać odpowiednio wcześniej – doprowadzimy do załamania całej gospodarki".

Problem w tym, że skoro starzeje się społeczeństwo, starzeje również kadra medyczna. A nim się zestarzeje, to się wypala. Dr hab. Rypicz: „Coraz więcej medyków na nie cierpi, także przez agresję ze strony pacjentów. To push-factor".Czyli istotny czynnik zachęcający do zwolnienia czy odejścia z zawodu.

Skala jest niepokojąca. Jak wynika z raportu „Ostatni zgasi światło. Nastroje polskich lekarzy w postpandemicznej rzeczywistości" z 2021 roku autorstwa Beaty Buchelt, Iwony Kowalskiej-Bobko i Tomasza Masłyka, przygotowanego we współpracy z Naczelną Izbą Lekarską, prawie połowa lekarzy - 49,8 proc. – zetknęła się w czasie pandemii z hejtem lub agresywnymi zachowaniami. Po covidzie zrobiło się nieco spokojniej, ale nie na linii pierwszego kontaktu z zestresowanym lub wkurzonym pacjentem, czyli na SOR-ach czy w przychodniach.

Tacy sfrustrowani lekarze zmniejszają liczbę dyżurów, bo wreszcie, po latach walki o godne zarobki, medyk może przyzwoicie związać koniec z końcem, pracując na jednym etacie. Inni przechodzą do sektora prywatnego lub emigrują – na Zachodzie pieniądze już nie są lepsze, ale praca spokojniejsza i czasu dla pacjenta więcej. A są i tacy, co całkowicie rezygnują z pracy klinicznej, by zarobić mniej, ale wciąż godnie, w koncernie farmaceutycznym.

Tymczasem ukraińscy lekarze, którzy zasilają polskie szpitale, są bardzo często młodsi od polskich kolegów. Co wynika nie tylko z faktu, że ukraińskie społeczeństwo dopiero zaczyna doświadczać „zachodnich" procesów społecznych, które w polskim toczą się już pełną parą – w tym właśnie „silver tsunami".

Duże znaczenie ma inny model kształcenia. Ukraińskie studia medyczne trwają sześć lat, podobnie jak w Polsce, ale system specjalizacji jest krótszy. Tak zwana internatura trwa zwykle od jednego do trzech lat, podczas gdy w Polsce szkolenie specjalizacyjne najczęściej cztery do sześciu. Zresztą to właśnie ta różnica – jak zaznacza osoba związana z ministerstwem zdrowia – jest jedną z przyczyn napięć między polskimi a ukraińskimi lekarzami.

Z tej perspektywy ukraiński personel jest jak plaster na niegojącą się ranę.

„Gdyby pomniejszyć zespół, to jesteśmy przy absolutnym minimum bezpieczeństwa. Gdyby ci ludzie odeszli z dnia na dzień, nasze plany rozwojowe byłyby trudniejsze"

– mówi w kontekście swojej placówki Gołaszewski, gdy pytamy o czarny scenariusz.

„Naturalnie, damy sobie radę, poproszę pozostałych lekarzy o więcej dyżurów, to da czas na szukanie kolejnych osób. Ale to nie tylko strata »egzemplarza«. To konkretny człowiek, konkretna historia, która wpisała się już w Wołomin. Nie odchodzi »lekarz numer 8«, tylko odchodzi Władysław, doktor Władysław, ze swoimi doświadczeniami, lękami, nadziejami, szansami, obawami".

Pediatra z Ukrainy: Pacjenci piszą skargi, koledzy lekarze czekają, aż popełnię błąd

W Bielsku Podlaskim ukraiński lekarz mówiący ze wschodnim akcentem nie jest egzotyką. Czterdziestojednoletnia Larysa, pediatra z Ukrainy, przez pierwszy rok po przyjeździe uczyła się polskiego i nostryfikowała dyplom. Dziś ma dwie specjalizacje i od trzech lat pracuje w lokalnym szpitalu. W Bielsku żyją obok siebie różne narodowości, oprócz polskich Białorusinów także polscy Ukraińcy. Poza tym są katolicy i prawosławni. Więc obecność Larysy nie budzi emocji. Pacjenci po prostu wiedzą, że dobrze leczy ich dzieci.

Ale mamy też casus czterdziestoczteroletniego Serhija Pody. Historia pediatry, który od lipca 2022 roku pracuje w Lublinie, pokazuje, że nie tylko polski system ma problem z Ukraińcami – oni też mają się na co skarżyć.

Serhij przeprasza nas, że odpowiada na pytania z opóźnieniem, bo „musiał pracować bez przerwy w szpitalu – 8 dni z rzędu, bo polscy lekarze nie chcieli pracować w »długi weekend«".

Dyżuruje w dwóch szpitalach, gdzie za ponad trzysta godzin miesięcznie otrzymuje około 48 tysięcy złotych netto. Dorabia też w przychodni, gdzie spędza kolejne kilkadziesiąt godzin i zarabia dodatkowe 6 tysięcy złotych.

Przed wojną w Ukrainie zarabiał łącznie równowartość około 4 tysięcy dolarów miesięcznie – tysiąc w państwowym szpitalu i resztę w ramach prywatnej praktyki.

W Polsce koszt nostryfikacji dyplomu i wszystkich wymaganych dokumentów wyniósł go 18 tysięcy złotych – 4650 złotych za sam proces i 13 tysięcy za tłumaczenia, sporządzenie dokumentów oraz ich autoryzację, tak zwane apostille. Miał trzy podejścia, a cały proces zajął półtora roku. Zdał też egzamin ze znajomości języka polskiego na poziomie B1 i otrzymał polskie obywatelstwo.

Na pieniądze nie narzeka, ale… „Osobiście odczuwam, że traktują mnie jak dodatkową siłę do wypełniania luk kadrowych. Przedłużają mi kontrakt ciągle tylko na trzy miesiące, choć pracuję w szpitalu już 4 lata".

Lecz najbardziej go męczy ciągłe napięcie.

„Co piąty pacjent jawnie lub ukrycie negatywnie reaguje na moje ukraińskie pochodzenie. Ciągle piszą na mnie skargi do kierownictwa.

Wszystkie związane wyłącznie z tym, że pacjentom nie podobało się, jak zachowuje się ukraiński lekarz. Ale najtrudniej wytrzymać negatywne nastawienie polskich kolegów. Na początku ciągle próbowali deprecjonować moją wiedzę lekarską i kompetencje. Wciąż nie czuję żadnego wsparcia, odczuwam ciągłą presję. Wszyscy czekają tylko, kiedy popełnię błąd".

Choć przyznaje: „będę dalej pracować w Polsce przez 2-3 lata, bo tutaj wyższy poziom".

redagował Marek Markowski

RELATED CONTENT

RELATED TOPICS

navy halftone illustration of a female doctor with her arms crossed

Topic

Health Inequities

Health Inequities

RELATED INITIATIVES

global health reporting initiative

Initiative

Global Health Inequities

Global Health Inequities

Support our work

Your support ensures great journalism and education on underreported and systemic global issues